Do Walencji dojechałam pociągiem po 23; na dworcu czekali na mnie Fin Juuso i Austriaczka Lisi – znajomi erasmusi z Alicante. Zostawiłam bagaże w skrytkoszafce, po czym ruszyliśmy na podbój miasta. Ściśle rzecz biorąc w kierunku knajpy, w której już czekali na nas nasi znajomi, a w której to miała miejsce impreza, żeby było śmieszniej, brazylijska. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć odzianych jedynie w malusieńkie majteczki i staniczki z frędzelkami pań z piórami na głowach, kręcących tyłeczkami w rytm samby. Musicie uruchomić własną wyobraźnię.
Pozostałe dwa dni upłynęły nam na łażeniu po mieście, gubieniu się i odnajdywaniu, jedzeniu paelli i oglądaniu tego, co zobaczyć należało.
Zdarzył mi się drobny akcydencik – czekaliśmy na fajerwerki siedząc na kamiennym, może półtorametrowej wysokości murku. Wtem podbiegł dosłownie pod nasze stopy jakiś, za przeproszeniem, gówniarz, szczyl mały i rzucił nam pod nogi petardę. Wystraszyliśmy się wszyscy, ale ja jakoś tak najgwałtowniej, w wyniku czego upadłam, literalnie, na głowę… Dało mi to okazję zapoznania się z hiszpańską służbą zdrowia z nowej dla mnie strony (i to dwukrotnie! w karetce i w szpitalu) i zaowocowało dwoma szwami na brodzie.
Do Alicante wróciliśmy w czwartek, 20. marca koło południa, aby tego samego dnia o 16.00 wyruszyć dalej na południe. Kierunek: Andaluzja.
Co to jest “Las Fallas”?
Najlepiej przeczytać tu; trochę za wiele w tym opisie egzaltacji, ale dobrze pokazuje różnorodność “Święta Ognia”, jak tłumaczy nazwę Wikipedia. Obchodzone jest w dniach od 15 do 19 marca, przy czym główne święto przypada w ten ostatni, dzień Świętego Józefa, patrona fiesty.
Na obchody składają się liczne procesje, pokazy sztucznych ogni w nocy, każdego dnia o 13 na plaza de Ayuntamiento mascletá, czyli rodzaj fajerwerków, w których chodzi nie o kolorowe światełka, lecz o dym i huk. Przede wszystkim zaś, rzucające się w oczy co krok, większe i mniejsze, porozstawiane po wszystkich placach i skwerach papierowe, karykaturalne rzeźby – fallas. Opis bezużyteczny. Odsyłam do zdjęć.
Ludzi przy tym cała masa, na każdej ulicy budy z churros i porros (ciastkami, najbardziej przypominającymi faworki), straganów z mydłem i powidłem; co chwila ktoś rzuca petardami, eksplodującymi niemal pod naszymi stopami, po czym w uszach zostaje nieznośne dzwonienie; wszystko unużane w atmosferze radosnego zamieszania, rebelii, doprawione intensywną wonią kwitnących wszędzie pomarańczy.
Ostatniej nocy wszystkie rzeźby zostają spalone. Wiele milionów euro puszczonych z dymem. Hiszpanie to dopiero luzacy, co?
___________
Uwaga, rozwijam się! Nowe media wkraczają na bloga! To fragment z jednej procesji; możecie podziwiać panie i panów odzianych w tradycyjne stroje, niosących kwiaty dla Matki Boskiej Opuszczonych – Virgen de los Desamparados. Dziewczyna z szesnastej sekundy to Lisi.
I zdjęcia:
Procesje:
Virgen de los Desamparados w sukni z kwiatów, i kwiaty ofiarowane przez mieszkańców miasta:
I rzeczone fallas (na jednym z ostatnich zdjęć widać nagą panią syrenkę, z którą naturalnie musieliśmy się sfotografować, od lewej: Brian, Lisi i ja):
Jeszcze raz my:
Mascletá (ale to trzeba samemu zobaczyć i usłyszeć):
Plaża:
No i obiecana, jedna z płonących fallas:

















Kwiecień 11, 2008 o 6:32 pm |
1. ci z pochodu jacys smutni chyba im sie nie podobalo:]
2. ostatnie zdjecie jest zrobione nad baltykiem bo w hiszpanii przeciez nie ma piasku na plazach:P
3. kiedy beda zdjecia szwow i dlaczego nie ma filmiku z akcji ratunkowej?!
Kwiecień 26, 2008 o 10:13 pm |
zieeeefffff…………..