Są tacy, co zwiedzają Barcelonę, Madryt, Granadę.
I są też pozostający poza mainstreamem poszukiwacze przygód, jeżdżący do Altea, Elche i Torrevieja.
Nieprzypadkowo należymy do drugiej grupy!
Torrevieja to już stare dzieje; wybraliśmy się tam 6. grudnia, w rocznicę ustanowienia konstytucji w Hiszpanii. Dzieci nie dostają prezentów (zamiast tego dokładnie miesiąc później przynoszą im je trzej królowie), natomiast każde miasteczko świętuje ten dzień po swojemu. Torrevieja skusiła nas obietnicą darmowej paelli.
Poniżej rzeczona paella (za którą staliśmy w niezwykle długiej kolejce i bez wiary na otrzymanie swojej działki, lecz nie bez kozery reklamowali ją jako gigante), plus prezentacja naszych talerzy (mnie trafił się ten pełen ślimaków; chwilami było nieco dramatycznie, ale podołałam), plus mascleta, czyli osobliwy hiszpański sposób na okazanie radości za pomocą dymu i huku.

styczeń 15, 2008 o 8:40 pm |
Wlatuję jak strzała w gorący blog, żywy! (bo inne sie lenią i leżą, czy jak?), choć czasem obco chirurgicznie krwawy, ale to na marginesie, żeby szybciutko donieść, że ślimaki są smaczne, chyba że niedogotowane, no to nie!, ale tak, to smaczne… no i huk i dym też mi pasi, ale to nieeeebo, ależ odlot!
No to wylatuję, jak strzała, oczywiście!
PS
A jak tam czaty na stołeczku nad biednymi ofiarami krwiożerczych hiszpańskich doktorów? Jakieś nowe przeżycia?