Pierwszy dzień za mną.
Początek o godzinie 4.00. Szybkie śniadanie, mycie zębów, pakowanie ostatnich rzeczy i droga na dworzec w Golm. Pociąg miał być o 5.02, niestety legenda o punktualności niemieckiej komunikacji legła w gruzach – dowlókł się na stację o 5.09, przez co uciekł nam Regional Express z Poczdamu do Berlina. W końcu koło 6 jesteśmy na dworcu ZOO, tam wsiadamy w autobus. Na lotnisku o jesteśmy o 6.30, prawie godzinę później niż było to w planach. Odprawa, bagaże, nie ma nawet czasu, żeby pomyśleć o tym, co się dzieje. Szybkie pożegnanie i już. Lecę. Boże, jak smutno…
Godzina 10.30 Aeropuerto de Alicante. Taksówka spod lotniska, jadę do Elche, do Oficina de Relaciones Internacionales (25 euro. skandal. skandal.). Taksówkarz wysadza mnie w bliżej niesprecyzowanym miejscu, z którego muszę się dowlec do wspomnianego biura. Upał straszny a walizki ciężkie. Nie bardzo mnie nawet bawi cień palm. W ORI dowiedziałam się, że nie dość, że jestem w złym miejscu, to jeszcze w złym mieście. Więc znów wędrówka z walizami na dworzec, kolejna taksówka, tym razem do San Juan (30 euro. Dzisiaj wyżywię całą populację tubylczych taksówkarzy.). Tam pani mówi, że muszę przyjść we wtorek bo dopiero wtedy zaczynają się zapisy. Bardzo pomocne hiszpańskie dziewczę pyta czy podrzucić mnie do Alicante, do Centro14, w którym ludzie są od tego, żeby pomagać obcokrajowcom m.in. w znajdowaniu zakwaterowania. Si!
Godzina 15.00, Centro14. W końcu je znalazłam, bagaże są strasznie ciężkie i muszę stawać co 10 metrów. W Centro14 dowiaduję się, że że muszę przyjść następnego dnia między 8.30 a 14.30. Pani nie mówi po angielsku. Cud, że ją rozumiem. Mogę przyjść o 17, żeby skorzystać z darmowego internetu. Zawsze coś.
Godzina 15.15, KFC. No dobrze, nie jest to bardzo modne miejsce, ani też bardzo klimatyczne, a już na pewno nie pachnie tu ładnie. Ale potrafię zamówić frytki:
- Patatas fritas, por favor.
- Todo? – Wszystko?
-Si.
-Para llevar o para aqui? – Na wynos, czy na miejscu?
-Para aqui, por favor. Gracias.
Szalenie dumna. Nie zginę z głodu.
Godzina 17.15, Centro14. Internet. Łączę się ze światem przez godzinę. Po godzinie przychodzi jakiś facet i zaczyna nawijać po hiszpańsku. Widać wyraźnie, że chce mi pomóc. Nie rozumiem ani słowa, ale jest miły, więc mówię si, si, bueno… i odchodzi.
Godzina 19.30, Mercado Central. Tu o 20 umówiłam się z Kasią, moim aniołem stróżem. Pada deszcz. O 20 przychodzi Kasia i zabiera mnie do mieszkania pewnego Hiszpana, którego co prawda nie zna, ale u którego będziemy spać dzięki temu, że należy do klubu Couch Surfing. Mam nocleg. Facet jest przemiły, bardzo dobrze mówi po angielsku i ma świetne mieszkanie z widokiem na basen, palmy, morze. Jak to dobrze, jak to dobrze. Jesteśmy uratowani.
